Thursday, October 15, 2009

Los Llanos



Szybko nadrabiam zaległości :)

Plan był taki - 5 dni leżenia na karaibskich plażach i moczenia się w turkusowej wodzie. Na plaży spędziliśmy godzinę - dokładnie tyle czasu zajęło nam opróżnienie sześciopaku zimnego piwa i dojście po raz n-ty do wniosku, że plażowanie nie jest dla nas... Po chwili siedzieliśmy już w miejscowym biurze podróży, a wieczorem mknęliśmy taksówką w stronę dworca autobusowego. Po 24 godzinach podróży różnymi środkami transportu, byliśmy na miejscu.

Los Llanos - bezkresne trawiaste równiny w zachodniej Wenezueli. To miejsce którym rządzą Llaneros, czyli wenezuelscy kowboje, bezustannie przeganiający bydło po ogromych pastwiskach. Właśnie na ranczu u Llaneros mieliśmy spędzić kolejne 4 dni. Zgodnie stwierdziliśmy, że to co się wydarzyło w ciągu tych dni, było naszym najbardziej bezpośrednim kontaktem z dziką fauną.

Na Llanos jedzie się po to, aby obserwować dzikie zwierzęta. Niby o tym wiedzieliśmy, ale zwiedzeni wcześniejszymi doświadczeniami z tego rodzaju wyprawami, nie spodziewaliśmy się zbyt wiele. A tu pełne zaskoczenie. Klęska urodzaju :) Jeżeli kajmany, to setki. Chcecie zobaczyć anakondę? Proszę bardzo. Kapibary? Są. Delfiny rzeczne, żółwie, piranie... A może pójdziemy w nocy i złapiemy kilka malutkich kajmanów? To sobie dokładnie pooglądacie...

Najbardziej oczekiwanym punktem programu było oczywiście polowanie na anakondę. Widzieliśmy 3 sztuki - malutkie, jak to określił nasz przewodnik, zaledwie 3-4 metry... Podobno kiedyś złapali 18 metrową - wyciągali ją z bagna jeepem! I ledwo dali radę... Anakondę trzeba trzymać za głowę - podobno wtedy nie jest się w stanie okręcić wokół ofiary i jest się bezpiecznym. Po spotkaniu z anakondą nabrałam ogromnego szacunku do dusicieli - nigdy nie czułam takiej siły (potrzymaliśmy sobie, a co ;) ), jeden wielki mięsień, nierówna walka bez szans...

Najbardziej jednak ekscytujące okazało się dotarcie do miejsca, gdzie były anakondy...

Tę rzekę ze zdjęcia przeszliśmy w bród. Dodam tylko, że te ciemne plamki na wodzie to głowy kajmanów... A po tym jak pan sprawdził, czy nie ma anakond, w błoto też weszliśmy. Dodam, że my nie mieliśmy gumowców, tylko gumowe sandałki... Po tych przejściach beztrosko niemal biegłam już po moim zdaniem bezpiecznej łące, kiedy przewodnik zwrócił naszą uwagę na niewinnie wyglądające niewielkie trawiaste wzgórki, oświadczając, że tam też mogą być zagrzebane anakondy... Udusić by nie udusiła, ale uryźć może :)

A na koniec dzieciaki z Llanos.

3 comments:

Anoushka said...

W sandałkach?
Ja bym nie wlazła w to błoto, bo najbardziej na świecie boję się pijawek!
Anakonda przy nich to pikuś ;)

Plaży stanowczo mówimy nie, no chyba, że ma się bardzo ciekawa książkę pod ręka, wtedy można posiedzieć z godzinę ;)

maya said...

podziwiam za odwage, bo do blota bez kaloszy po pas nie weszlabym chyba. A na plaze to mnie chyba anakonda musialaby ciagnac, bo nawet z ksiazka wysiedze tam kilka minut. Wole ogladac przyrode lub roslinki rosnace po rowach.

anczito said...

Anoushko, Mayu

Mi też pijawki przyszły na myśl, ale stwierdziałam, że co ma wisieć nie utonie - swego czasu nasz znajomy przed wyprawą do dżungli owinął się jak mumia, uszczelnił wszystkie otwory w ubraniu, a po powrocie do hotelu odkrył na swoich plecach wielką ... pijawkę :)

Pozdrawiam!