Thursday, May 21, 2009

Delta Amacuro



Czyli delta Orinoko. 22.500 km² powierzchni, 370 km atlantyckiego wybrzeża i tylko mniej więcej 100 km dróg przejezdnych dla pojazdów lądowych. Reszta to szlaki wodne - plątanina setek odnóg i odgałęzień rzeki Orinoko a na nich łodzie, niezliczone łodzie. To jedna z największych delt na świecie. Orinoko jest poteżna - 2574 km długości, jej dorzecze obejmuje 2 tysiące rzek, które co roku wtłaczają do Atlantyku ponad 1,1 tryliona metrów sześciennych wody.

Wyprawa na te tereny była jedynym pewnym punktem naszego wenezuelskiego planu. W Ciudad Bolivar kupiliśmy wycieczkę w lokalnym biurze turystycznym i przekonani, że wyruszamy wraz z 10 innymi turystami i przewodnikiem mówiącym po angielsku (mój hiszpański zaginął w otchłani przeszłości), pojechaliśmy do Tucupity, skąd wycieczka miała się rozpocząć. Określenie, że nasze zdziwienie było duże, gdy odkryliśmy, że jesteśmy jedynymi turystami, a naszym "przewodnikiem" jest indiańska rodzina w składzie Tata Jose, Mama Isabella i 6-cio miesięczny Fernando, nie jest odpowiednie. Na dodatek okazało się, że obietnica, iż ktokolwiek będzie mówił po angielsku, była trochę na wyrost :) Ale nic to - zapakowaliśmy nasze toboły do łodzi i wyruszyliśmy w nieznane.

Gościliśmy w rodzinnej wiosce Jose - 3 chałupy i 15 mieszkańców. Spaliśmy w drewnianej chatce na palach NA rzece. W hamakach - tak jak wszyscy miejscowi. Wieczorami śmigały pomiędzy nimi nietoperze (ścian chatka nie miała). Jedliśmy to, co ugotowała nam Isabella (i co sami złowiliśmy - np. piranie :) ). 

Całymi dniami błądziliśmy łodzią po kanałach obserwując niezliczone ptaki, małpy, żółwie i turkusowe motyle wielkości dłoni. Obserwowaliśmy życie miejscowych, podziwialiśmy spektakularne zachody słońca. 

4 comments:

Ania said...

Baaaardzo ciekawie piszesz.
I zdjęcia są świetne... Inny świat.

Komarka said...

Wspaniała wyprawa i wspaniałe zdjęcia. Dla mnie najcenniejsze są właśnie takie wyprawy - z poznaniem życia tubylców od środka. Pozdrawiam :)

anczito said...

Aniu, Komarko - dziękuję :)

My też lubimy takie wyprawy i poznawanie życia "od środka". Tylko, z uwagi na nasz hiszpański, ręce trochę bolały ;)

Pozdrawiam!

Anoushka said...

Od zawsze powtarzam, że jak kiedyś wygram w totka, to wyruszę w podróż po świecie na... piechotę z plackiem na plecach i psem u nogi. Męża też zabiorę :D:) Wygrana jest mi potrzebna, żeby nie musieć pracować i od czasu do czasu, zrobić przerwę w tułaczce w jakimś dobrym hotelu ;)

Piękne zdjęcia!