Monday, December 14, 2009

Los Angeles na talerzu



Podróży do Stanów lekko się obawiałam. W mojej głowie przewijały się następujące obrazy: ja z hamburgerem, z hot-dogiem, z litrową colą w ręku, z frytkami, shakami, a wszystko to polane sztucznym serem z tubki. I w końcu ja (my) po powrocie - kilka kilogramów do przodu, z podwyższonym poziomem cholesterolu... Teraz wstydzę się, że byłam więźniem stereotypów. Kuchnia amerykańska, tak jak i naród, jest wybuchową mieszanką etniczną. Z radością odkryliśmy, że w Kalifornii i sąsiednich stanach, rządzą wpływy meksykańskie, zaś Los Angeles to prawdziwa mekka dla smakoszy - można tutaj odbyć podróż po kuchniach świata odwiedzając Chinatown, Little Tokyo, Koreatown, czy Little India, zjeść bajgla w dzielnicy żydowskiej, czy spróbować perskich słodyczy. Choć nasz pobyt w L.A. był krótki, zdołaliśmy odwiedzić kilka kultowych miejsc.


Karnie ustawiliśmy się w kolejce do Pink's - chyba najsłynniejszej w Stanach, a na pewno w Kalifornii, budki z hot-dogami. To tutaj gwiazdy Holllywood, wpadają na słynne Chili Dogi, a swoje kanapki mają Martha Stewart, czy Rosie O'Donnell. Budka stoi na rogu Melrose i La Brea od 1939 roku (przez cały ten czas w rękach rodziny Pink) i niezmiennie cieszy się wielką popularnością wśród wielbicieli hot-dogów. Po 45 minutach (!) odstanych w kolejce, mogliśmy usiąść przy jednym z plastikowych stolików ze swoją zdobyczą: 10" Stretch Chili Dogiem, Guadalajara Dogiem, New York Dogiem, Nacho Cheese Chili Dogiem i górą podwójnie smażonych frytek (tutaj muszę zaznaczyć, że nasza taca na dwie osoby prezentowała się skromnie w porównaniu z tacami innych osób - średnia to chyba 5 hot-dogów na osobę). Hot-dogi były bardzo smaczne, ale naszym odkryciem stało się chili i od tej pory prawie przy każdym posiłku obowiązkowa stała się parująca miseczka tego specjału.


Następnego dnia udaliśmy się na poszukiwanie smaków Meksyku do El Pueblo de Los Angles na Olvera Street. Jest to miejsce narodzin Los Angeles - tutaj w 1781 roku 44 meksykańskich osadników założyło wioskę. Teraz Olvera Street to żyjący skansen z kolorowymi kramami, na których można zakupić pamiątki w postaci sombrero, meksykańskiego ponczo, itp. Ale jest też mnóstwo budek z meksykańskim jedzeniem, gdzie nikt nie mówi po angielsku, co zawsze działa na nas zachęcająco :) To królestwo burrito, enchilad, tostadas i tamales, a do picia horchata (napój ryżowy - tutaj pokonała nas ilość dodanego cukru) lub aqua de jamaica (zimna herbata z kwiatów hibiskusa - bardzo orzeźwiająca).


Po pysznym posiłku przy muzyce mariachi na żywo, udaliśmy się w stronę Downtown, gdzie namierzyłam kolejny kulinarny punkt naszej podróży - Grand Central Market. Działający od 1917 roku targ oferuje oszałamiający wybór warzyw, owoców, mięs i specjalności kuchni meksykańskiej, gwatemalskiej i salwadorskiej. Jest też oczywiście kilkanaście barów oferujących specjalności kuchni latynoskiej. Nas jak magnes przyciągało stoisko Maria's Fresh Seafood i danie, które było na mojej liście "do spróbowania" od kilku już lat - ceviche. Wiedziałam, iż może być dobre, ale nie przypuszczałam, że aż tak... Mięso białej ryby "ugotowane" w soku z limonki, chili i mnóstwo kolendry, a do tego chrupiące tostadas - już wiem, że będę polowała na ceviche podczas następnych podróży. Zadowoleni, z pełnymi brzuchami, pomaszerowaliśmy w stronę Little Tokyo, aby pooglądać bary sushi (już się nie mieściło...) i sklepy wypełnione gadżetami z Hello Kitty. Potem jeszcze tylko oglądanie dziwaków oraz lody na Venice Beach i ruszyliśmy dalej w drogę w poszukiwaniu nowych smakowych wrażeń.

3 comments:

Ania vel Vespertine said...

bardzo ciekawa relacja, pewnie dlatego, ze dotyka tego, co lubię - jedzenia. I cos mi się zdaje, ze nabrałam ochoty na hot-doga ;) Ale tu takich wypasionych nie dostanę.

Anoushka said...

Mam podobna wizje Ameryki. Czyzyb nadszedl czas, aby wybrac sie w podroz?
:)

anczito said...

Aniu, dziękuję. Ja z tego wszystkiego też wczoraj zjadłam hot-doga - tylko że 'skandynawskiego' ;)

Anoushko, podróż polecam :) Ja w każdym razie wrócę - tym razem marzy mi się kuchnia kreolska w Nowym Orleanie...